| Obozując pod Pikiem Samarkand |
|
|
|
| Polacy - dziś | |||
| Wpisany przez Krzysztof Sornat | |||
| środa, 24 marca 2010 11:23 | |||
|
(Aby poczuć smak podróży po nieznanym świecie, podczas czytania fotorelacji słuchaj: Howard Shore - Lord Of The Rings - The Return Of The King) Tadżykistan, Dolina Volgond, 2008-07-22 Śpiwory puchowe jednak się przydały, ponieważ w nocy było dość chłodno. Gdy się obudziłem, nie mogłem doczekać się, aż ujrzę Pik Samarkand - cel naszej podróży. Od razu otworzyłem wejście do namiotu, ale szczyt ukrywał się w chmurach. Przynajmniej nie padało i można było wyjść na zewnątrz. ![]() Po wypiciu porannej herbaty rozłożyliśmy nasze mokre rzeczy wokół namiotu. Słońce świeciło, dając przyjemne ciepło, czyli zupełnie inaczej niż w stolicy. ![]() Pik Samarkand nadal zakryty był chmurami, a my rozglądaliśmy się po okolicy, porównując ją z mapą. W miejscu, w którym się znajdowaliśmy, łączyły się dwie doliny rzeczne. Prawa prowadziła prosto pod Pik Samarkand, a w górze lewej widać było czoło lodowca i wodospady utworzone z wytopionego lodu. ![]() Pik Samarkand nareszcie zaczął wydobywać się zza chmur i momentami było widać jego fragmenty. Ale do końca nie byliśmy pewni, czy to, co widzieliśmy, było właściwym szczytem. O godzinie 11:20 czasu lokalnego, ujrzeliśmy górną część Piku Samarkand. Dwuwierzchołkowy szczyt stał monumentalnie przed nami i oczarowywał swą tajemniczością i dziewiczością. Nasze marzenie spełniło się - dotarliśmy pod Pik Samarkand, jeden z nielicznych i niezdobytych jeszcze szczytów. A wszystko zaczęło się od losowego punktu na mapie i dwóch lat przygotowań. Nawet podczas zeszłorocznego rekonesansu w Tadżykistanie Irkowi i Dominice nie udało się dotrzeć tak blisko. Zatrzymali się jeszcze przed przeprawą przez Zerawszan. Niestety pogoda nie była stabilna. Chmury nadchodziły z góry doliny i padało. ![]() Dlatego dużo siedzieliśmy w namiocie, gotując wodę na herbatę i jedząc przepyszny chleb, który podarowali nam gościnni Tadżycy z wioski. ![]() Przestało padać. Irek leniwie zachwycał się okolicą, czytając książkę, a ja poszedłem na okoliczne wzgórze, aby wejść jak najwyżej. Dla bezpieczeństwa obiecałem, że jeśli chmury zaczną się zbierać znowu, od razu wrócę. Poszedłem i najpierw musiałem przeprawić się przez rzekę. Był ślad po starym mostku, ale przejście tam było ryzykowne, ze względu na silny nurt. Poszedłem w górę strumienia, aby poszukać lepszego miejsca na przeprawę. Wyżej rzeka rozbijała się na kilka pomniejszych strumieni, ale zawsze był taki, którego nie mogłem bezpiecznie przeskoczyć lub przejść. W końcu zszedłem na dół i przeprawiłem się w miejscu, gdzie zacząłem poszukiwania. Trochę się zamoczyłem, ale udało się. Zacząłem iść w górę. Od jałowca do jałowca - tak uszedłem może 200 metrów, kiedy chmury zaczęły czernieć i zapowiadało się na deszcz. Chciałem iść jeszcze wyżej, póki nie padało, ale inaczej umówiłem się z Irkiem. Gdy doszedłem z powrotem do potoku, chmury nie były groźniejsze, dlatego pozwoliłem sobie jeszcze na spacer wzdłuż rzeki, do miejsca, gdzie łączyła się z drugą. Wróciłem do namiotu po niespełna dwóch godzinach od wyjścia. Jednak z tych chmur nic nie wyszło - w dosłownym tego słowa znaczeniu, więc poszedłem w górę stoku niedaleko namiotu. Po ujściu jakichś 300 metrów w górę, doszedłem do kruchych skał, których nie chciałem dotykać. Za to widok był oszałamiający. Z tego miejsca pobliski lodowiec był o wiele lepiej widoczny i wypływało z niego 5 większych rzek, tworząc wodospady. Również widziałem lepiej, co znajduje się w dolinie prowadzącej pod Pik Samarkand - nie mogłem doczekać się następnego dnia, kiedy tam pójdziemy. W drodze powrotnej zaczęło padać, ale na szczęście bezpiecznie dotarłem do namiotu. Następnego dnia przeszliśmy przez rzekę i poszliśmy w stronę Piku Samarkand po lewej stronie doliny. Natrafiliśmy na żleb wymyty przez wodę. Prowadził on kilkaset metrów w dół wprost do rwącej rzeki. Zrezygnowaliśmy i następnego dnia zamierzaliśmy pójść drugą stroną doliny. ![]() Kilku Tadżyków było w okolicy, ponieważ szukali drewna na opał. Raczej nie było to łatwe zadanie. ![]() Kolejnego ranka dzień zapowiadał się dobrze. Szybko spakowaliśmy podstawowe rzeczy na całodzienną wędrówkę i udaliśmy się w stronę rzeki. Przekroczyliśmy ją innym w miejscu i było to o wiele łatwiejsze. ![]() Zbocze doliny było dość strome i w dodatku całe pokryte drobnymi kamieniami, ale bez większych problemów posuwaliśmy się naprzód. Rzeka majestatycznie wiła się jak biało-błękitny wąż, wydając przy tym groźny pomruk. W pewnym miejscu śnieg przykryty kamieniami nie topniał, tworząc fascynujący tunel dla płynącej rzeki. ![]() Wznosiliśmy się powoli do góry, a na końcu doliny widać było ośnieżoną grań oraz lodowiec z wyraźnie zarysowanymi szczelinami. ![]() Dla tych widoków warto było tutaj przyjechać. ![]() Gdy zbliżaliśmy się do interesującej nas doliny, po której spodziewaliśmy się, że wyprowadzać będzie bezpośrednio na Pik Samarkand, zaczęło padać. ![]() Chwilę przeczekaliśmy i gdy deszcz zelżał, poszliśmy jeszcze kawałek dalej. Co prawda, chmury zasłaniały partie szczytowe, ale zobaczyliśmy to, po co tutaj przyszliśmy - czyli najłatwiejsze, naszym zdaniem, wejście na Pik Samarkand. ![]() Pełni wrażeń wróciliśmy do namiotu, oczywiście wcześniej ochładzając się w lodowatej rzece. ![]() Następnego ranka musieliśmy się spakować i czekaliśmy na karawanę osiołków. Niestety nie doczekaliśmy się i dwie godziny po umówionym czasie postanowiliśmy, że idziemy. Kierowca miał na nas czekać w Volgondzie w celu zawiezienia nas do Ajni. Dlatego nie mogliśmy zwlekać. ![]() Jeszcze tylko ostatnie spojrzenie na Pik Samarkand, który spowity był jak zwykle chmurami. Wzięliśmy po dwa plecaki - jeden na plecy, a drugi na piersi. Ciężką torbę z żelastwem nieśliśmy razem. Nie było to wygodne, ale nie mieliśmy innego wyjścia. ![]() Już prawie doszliśmy do górnej wioski, kiedy zobaczyliśmy osiołka z dwoma naszymi znajomymi. Okazało się, że zwierzak urwał się i uciekł. Stąd to opóźnienie. autor: Krzysztof Sornat korekta: Anna Wodniak
|
|||
| Poprawiony: wtorek, 29 marca 2011 10:34 |